05. Rodzinne rewolucje

Żaneta Kopczyńska

W ojczyźnie był głową rodziny. Pracował, utrzymywał i dbał o bezpieczeństwo swoich najbliższych. Nagle wszystko zostaje wywrócone do góry nogami — po przymusowym wyjeździe traci swój status, nie jest w stanie wypełnić swojej kulturowo przyjętej roli. To ogromy przełom w życiu całej rodziny.

Gdy w kraju wybucha rewolucja nie wiadomo, co robić dalej. Nie ma przecież gotowych scenariuszy w takich sytuacjach. Nie ma ich też, gdy dochodzi do niej w rodzinie. A wyjazd do nowego kraju i próbę odnalezienia się w zupełnie innych realiach słusznie można przecież nazwać prawdziwą rewolucją. W specyficznej, niezwykle trudnej, sytuacji są rodziny mieszane, które przed wojną i prześladowaniami uciekają do kraju pochodzenia żony. Doskonale wie o tym Lidia, która razem z mężem i dziećmi przyjechała do Polski z Syrii.

— Takie wyjazdy są zawsze mniej lub bardziej gwałtowne. I przede wszystkim przymusowe — tłumaczy. — Przyjechaliśmy do Polski, gdy sytuacja w Syrii robiła się już bardzo nieciekawa. Zakładaliśmy jednak, że będzie to pobyt krótkotrwały — widać to było doskonale po mojej walizce. Zabrałam tylko kilka ciepłych rzeczy, bo przyjechaliśmy zimą. Wierzyliśmy, że po kilku miesiącach sytuacja się unormuje i będziemy mogli wrócić do domu. Stało się jednak inaczej. Nasze dotychczasowe życie szybko zmieniło się nie do poznania. Taka sytuacja zawsze przynosi ogromną zmianę w funkcjonowaniu całej rodziny.

Jak przyznaje Lidia w nowych okolicznościach szczególnie ciężko jest odnaleźć się mężom Polek. W kręgu kultury muzułmańskiej to na nich spoczywa odpowiedzialność utrzymania całej rodziny, zadbania o jej byt na odpowiednim poziomie, opieka i zapewnienia jej bezpieczeństwa.

— Czują się, jakby byli w klatce. Z każdej strony spotykają ograniczenia: prawne, językowe, materialne. Mówi się, że człowiek, jeśli chce, to może wszystko. Okazuje się, że może niewiele. Mimo prób i starań silniejsza okazuje się bezsilność. — mówi Lidia. — W nowych realiach to kobieta bierze na siebie główne obowiązki: idzie do pracy, zarabia na rodzinę. Nic przecież dziwnego — to jej kraj pochodzenia, zna więc płynnie język, nie wyróżnia się. Jest jej łatwiej. Mężczyzna nie może wypełnić swojej kulturowo przyjętej roli. To go boli i frustruje. Nasi mężowie umierają tu społecznie.

Do tej pory nie byli anonimowi. Wielu z nich miało wysoką pozycję zawodową i społeczną, którą budowali w swojej ojczyźnie przez lata. Mąż Lidii, Mouta, był szanowanym psychologiem, wykładowcą akademickim, ekspertem w kilkunastu organizacjach państwowych i pozarządowych. W Polsce przestało się to liczyć.

— Pojawiają się pytania. Kim jestem? Czy nadal mogę być sobą? Jak to zrobić? Może dojść to kryzysu tożsamościowego. Sytuacja takich osób jest niewyobrażalnie trudna — tłumaczy Lidia, która także jest psychologiem. Przyznaje, że Syryjczykom trudno jest przyjmować pomoc. Nie lubią być zależni, zdani na czyjąś łaskę. Korzystanie z różnych form pomocy bywa uważane za niehonorowe — Syryjczyk może się wręcz czuć poniżony, gdy korzysta ze wsparcia. Dlatego zawsze stara się je odwzajemnić, a przecież nie zawsze może.

Sytuacji nie ułatwia podejście Polaków do obcokrajowców. — Uchodźców traktuje się jako nieradzących sobie, potrzebujących opieki i pomocy w każdej sytuacji. Niektórzy mówią głośno i wyraźnie: nam nikt nic nie dał, dlaczego oni dostają. Myślę sobie wtedy: na szczęście nikt ci nic też nie zabrał — mówi Lidia. — Wielu Polaków bazuje na stereotypach, to na nich opiera swoją wiedzę. Mało tak naprawdę wiemy o świecie i nie mamy chęci się o nim dowiedzieć. Zatrzymać się i z ciekawością przyjrzeć drugiemu człowiekowi. Wydaje mi się, że niektórzy boją się po prostu odmienności, czegoś nowego. A przecież nie ma czego – obcokrajowcy nic im nie zabiorą. Wręcz przeciwnie — dzięki takim kontaktom można wzmocnić swoją tożsamość, przyjrzeć się własnym korzeniom i wartościom. Powinniśmy szanować różnice, nie stosujmy naszych systemów wartości w ocenianiu czyjegoś zachowania. Starajmy się raczej poznać i zrozumieć drugiego człowieka.

Nie wszyscy mają ochotę i siły odnaleźć się w nowej sytuacji. Dlatego szukają innych rozwiązań. Mouta pracuje obecnie na uczelni w Omanie. Z żoną widują się dwa razy do roku. Małżeństwo zdecydowało, że taki układ będzie najlepszy — kolejna przeprowadzka i nauka dodatkowego języka byłaby niepotrzebnym stresem dla ich dzieci.

— Wszystkie znane mi syryjskie rodziny mają tak naprawdę wolę powrotu do kraju. Trzeba jedna poczekać na to, aż sytuacja w Syrii się uspokoi. I być świadomym, że nie stanie się tak w najbliższej przyszłości — to perspektywa 10, a nawet 20 lat. Do tego czasu musimy sobie jakoś radzić.