04. W zawieszeniu i niepewności

Żaneta Kopczyńska

Na tramwaj, na spóźnialskiego znajomego, w kolejce w sklepie. Na wynik badania, egzaminu i ważną wiadomość — chyba nikt nie lubi czekania. Irytuje w drobnych sprawach, ale jeszcze boleśniejsze jest, gdy od tego, co usłyszymy zależy bardzo dużo. Nie tylko najbliższa przyszłość, ale może nawet całe życie.

Czasami minuty wloką się niemiłosiernie — to znane chyba wszystkim uczucie. Jeszcze gorzej, gdy są to godziny, dni, tygodnie, a nawet miesiące. Uczucie zawieszenia i niepewności nie należą do najprzyjemniejszych, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z oczekiwaniem na ważną, kluczową dla naszej przyszłości decyzję. Nie tylko samo czekanie wówczas boli — chyba jeszcze gorsze jest to, co sobie wtedy wyobrażamy. Obawa, że to czego pragniemy może się nie ziścić.

To uczucia, których doświadcza niemal każdy uchodźca. Czekają na granicach, na dokumenty, na pozwolenie pobytu, na nadanie statusu uchodźcy. Początek ich nowej drogi życia wiąże się z jednym wielkim czekaniem.

Nie inaczej było w przypadku Denisa Bystryka, młodego Białorusina, który pięć lat temu przybył do Polski. Nie był to jego pierwszy wybór — chciał jechać do Czech. Zaplanował, że będzie tam studiował. Wybrał uczelnię, kierunek studiów, zaplanował kursy, uiścił niezbędne opłaty. Nie robił tego w pośpiechu, bo czasu miał sporo. Podanie o przyznanie stypendium złożył w styczniu 2011 roku, wizę miał ważną do sierpnia, a decyzję miał dostać w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Myślał, że zdąży. Nawet nie zakładał innego scenariusza.

— Czekałem, aż na wiosnę będę przyjęty, ale coś poszło nie tak — wspomina Denis. — Czekałem całą zimę, a wiosną powiedzieli mi, że zgubili moje dokumenty i umieszczają mnie na liście rezerwowej.

Miał nadzieję, że szybko coś się ruszy w jego sprawie. Ruszyło, ale w sierpniu. Za późno.

— Dowiedziałem się wtedy, że jestem przyjęty. Tylko, że moja wiza już się wtedy skończyła — tłumaczy. — Akurat dobiegała końca kadencja prezydencka, byliśmy przed wyborami. I zaczęły się kłopoty z władzą — byłem kilka razy aresztowany. Do Czech nie zdążyłem trafić na czas i przez całą tę sytuację byłem uziemiony na Białorusi przez pół roku.

Zaczął szukać innych opcji — nie miał innego wyjścia, bo pozostania na Białorusi nawet nie brał wówczas pod uwagę. — Nie wiedziałem dokąd mam jechać, co mam robić — przyznaje.

Wkrótce dowiedział się, że w Polsce ma szanse na stypendium, więc postanowił spróbować tu swoich szans. W niedługim czasie był już studentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Torunu. Jak sam przyznaje, same procedury nie sprawiły mu trudności. Bez problemu złożył podanie o przyznanie statusu uchodźcy, przedstawił dowody, że w swoim kraju był zatrzymywany i przesłuchiwany. Wniosek przyjęto, wyznaczono terminy wywiadów, spotkań i wizyt kontrolnych w jego nowym miejscu zamieszkania. Znowu czekał. Na niezwykle ważną dla niego decyzję oczekiwał ok. 1,5 roku.

— Podanie złożyłem latem, a dokładnie w sierpniu 2011 roku. Ogólnie było tak, że powinni w ciągu pół roku podjąć decyzję. Tyle powinno im zająć rozpatrzenie sprawy, ale de facto wszystko trwało znacznie dłużej — mówi Denis. — Po roku, czyli latem 2012 roku napisałem list do Ministra Edukacji, żeby jakoś wpłynął na sprawę, żeby się coś w końcu zadziało. List postanowiłem osobiście zanieść do Kancelarii Ministra, z nadzieję, że może to przyśpieszy bieg wydarzeń. Nie wiem, czy ostatecznie miało to wpływ, ale niedługo po tym odpisano mi, że otrzymałem status uchodźcy.

Teraz jeśli Denis narzeka wyłącznie na kolejki do lekarzy — ale jak sam przyznaje, to nie dotyczy wyłącznie jego, podobne obserwacje ma wielu Polaków. Ot, nasza i jego zwykła codzienność.