01. Wielka siła drobnych gestów

Żaneta Kopczyńska

Czasami wcale nie trzeba wiele, by pomóc posklejać czyjś świat na nowo. Nie bez znaczenia są drobne gesty życzliwości — pomocna dłoń wyciągnięta przez znajomych i nieznajomych, wsparcie w trudnych momentach lub po prostu słowa otuchy. Rodzina Dinara doświadczyła ich wiele, zwłaszcza na początku swojego pobytu w Polsce.

Na urlop nie zabiera się rodzinnych pamiątek, albumu z fotografiami, oszczędności, kosztowności czy ulubionego kubka lub książki. Nad morze zabiera się letnie ubrania, plażowe ręczniki, stroje kąpielowe i dmuchany materac. To właśnie przede wszystkim spakowali Dinar Munasow z żoną i trójką dzieci, gdy postanowili wyjechać ze swojej niewielkiej miejscowości w Obwodzie Ługańskim i przeczekać napięcia w spokojniejszych warunkach. Mieli nadzieję na szybkie zakończenie walk. Nawet w najczarniejszym scenariuszu nie zakładali, że konflikt szybko eskaluje, bomby spadną na ich dom i nie będę mieli do czego wracać. Ucieczka była jedynym wyjściem — przede wszystkim podyktowana troską o bezpieczeństwo, ale Dinar z Iriną nie chcieli nawet, by ich dzieci widziały wojnę i poznały jej bolesne skutki. Najpierw pojechali do Lwowa, ale gdy nie znaleźli tam pomocy, ruszyli do Polski. Nie mieli ze sobą praktycznie nic — wakacyjny ekwipunek trudno przecież uznać za przydatny, gdy trzeba budować swój dom, a właściwie cały świat, na nowo.

Początki nie były łatwe. Zamiana własnych, oswojonych już czterech kątów na trudne nieraz warunki życia w ośrodku dla uchodźców, to prawdziwy szok nawet dla dorosłych, nie mówiąc już o dzieciach. Dinar ani jego żona nie są jednak osobami, które bezczynnie czekają na to, co przyniesie im los. Postanowili wziąć sprawy we własne ręce i zawalczyć o przyszłość swojej rodziny — po dwóch miesiącach spędzonych w ośrodkach zaczęli myśleć o wyprowadzce. Byli gotowi na to, że będą zdani wyłącznie na siebie.

Pomoc nadeszła niespodziewanie.

— Jak tylko opuściliśmy ośrodek i zaczęliśmy poznawać Polaków, to na każdym kroku okazywano nam pomoc. Nie było ani jednego przypadku, że ktoś się od nas odgrodził — wspomina Dinar.

Jednymi z pierwszych, którzy pomogli stanąć rodzinie Dinara na nogi byli właściciele wynajmowanego przez nich mieszkania w Osieku. Razem ze znajomymi zebrali i podarowali im najpotrzebniejsze rzeczy. Ubrania, naczynia, zabawki — drobne rzeczy, ale na początek wystarczyły, by zacząć w miarę normalnie funkcjonować. Drugą pomocną dłoń wyciągnęła lokalna szkoła — bez problemu udało się zapisać do niej starszego syna. Życzliwość okazała nie tylko dyrekcja, ale przede wszystkim nauczyciele, którzy pracowali z Markiem indywidualnie oraz zapewnili mu dodatkowe lekcje języka polskiego, przyrody i lubianej przez niego matematyki. Dołożyli wielu starań, by chłopiec szybko się zaaklimatyzował w grupie rówieśników. Nie dziwi więc, że mały Munasow nie tylko nadrobił zaległości, ale przede wszystkim dobrze poczuł się wśród nowych kolegów, którzy nierzadko całą klasą odwiedzali go w domu.

Dobrych ludzi nie zabrakło też w szczególnie trudnych momentach.

— Zmiana klimatu po przyjeździe z Ukrainy spowodowała, że dzieci dużo chorowały. Każdy po dwa, trzy razy leżał w szpitalu — tłumaczy Dinar. — I w pewnej chwili, jeden z chłopców z polskiej szkoły po prostu odwiedzał w szpitalu swoją koleżankę i przypadkiem poznał moją żonę, która opowiedziała mu naszą historię. On opowiedział o tym swojej mamie, ta opowiedziała koleżance i od tamtej chwili — ta rodzina i ich przyjaciele — zaczęli nam bardzo mocno pomagać.

W akcję włączyło się wiele osób, które wzięły udział w zbiórkach rzeczy najbardziej potrzebnych ukraińskiej rodzinie. Dzięki staraniom nowych znajomych sprawę nagłośniła telewizja. Ciąg dobrych zdarzeń nadal trwał — na apel o pomoc odpowiedział włocławski przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej. Zaproponował Dinarowi to, na czym mu najbardziej zależało.

— Kiedy przyjechałem, zapytali mnie tylko „Chcesz pracować?” — wspomina. — Oczywiście, że chciałem. Wprawdzie nie miałem doświadczenia w sprzedaży samochodów, ale biorąc pod uwagę, że znałem język rosyjski i ukraiński, sam im zaproponowałem, że możemy spróbować ich dotychczasowe towary sprzedawać Ukrainie.

W niewielkim Osieku spotkało ich wiele dobrego od znajomych i nieznajomych. Przeprowadzili się do Włocławka, ale cały czas z ogromną sympatią wspominają jego mieszkańców, którzy przyjęli ich z otwartością. W większym mieście jest trochę ciężej, ale najtrudniejsze rodzina Dinara ma już chyba za sobą. Teraz musi tylko na dobre stanąć na nogi.